E.M. Thorhall – oficjalny blog

Kretynowo (5)

Ze względu na długość – tekst w PDF. 
Kretynowo(5)

Wielkanoc 2016

Wesołych, pogodnych Świąt Wielkanocnych,
smacznego jajka, mokrego Dyngusa.

wielkanoc2016

Grafika – serwis:kartki4you

Nietoperz i Kotka

Cykl: Historyjki ze Zwierzaczkowa.
Sielskiej krainy płynącej miodem 😉
Ze względu na objętość tekstów, zamieszczane są w PDF.

Script Nietoperz i Kotka

Kretynowo (4)

Szmaragdowy dach gmachu KUP-y błyszczał odbijającymi się od niego promieniami słońca. Samotny wędrowiec obładowany teczkami i segregatorami pełnymi dokumentów zatrzymał się przed wejściem do budynku. Manewrując ramionami, poprawił zsuwające się z nosa okulary i wlepił zmęczony wzrok w tabliczkę umieszczoną nad szklanymi drzwiami.
– Kretynowy Urząd Pracy – odczytał ze znużeniem.
Zrobił krok. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie, odkrywając przed strudzonym wędrowcem obszerny hol wypełniony ławami i stołami rodem z średniowiecznej gospody.
Wędrowiec wszedł do środka i z ulgą złożył teczki i segregatory na jednym ze stołów. Otarł pot z czoła i rozejrzał się wokoło.
Tablica z ogłoszeniami o pracy w Kretynowie świeciła pustkami. Nie było na niej najmniejszego karteluszka świadczącego o tym, że pracodawca szuka pracownika. Za to druga z tablic, ta, na której wywieszano oferty pracy poza Kretynowem, wręcz uginała się od nadmiaru ogłoszeń, karteczek, odręcznych notatek.
Wędrowiec westchnął ciężko.
Praca poza Kretynowem oznaczała rozłąkę z rodziną, długie miesiące tęsknoty za bliskimi i umiłowanym miastem, znajomość kilku języków obcych. Czasami koczowanie na dworcach, pracę za darmo, czy żebranie by zebrać pieniądze na bilet powrotny do domu. Co prawda w niektórych zawodach wymagano wyłącznie znajomości francuskiego, ale wędrowiec nie był już młodym, dobrze zbudowanym osobnikiem, którego ciało można by wykorzystać w przemyśle zwanym najstarszym zawodem świata.
Wędrowiec westchnął. Pozbierał swoje dokumenty, ułożone skrupulatnie w teczkach i segregatorach, ujął w ramiona swój dobytek pracowniczy i odważnie podszedł do drzwi, na których widniał napis: Rejestracja. Pchnął je lekko kolanem i wszedł do pokoju urzędniczki.
– Czego włazi bez pukania? – urzędniczka niechętnie oderwała wzrok od monitora.
Jeszcze tylko cztery karty i pasjans zostanie ułożony.
– Dzień dobry, chciałem się zarejestrować jako bezrobotny – wędrowiec wyłuszczył cel swojego przybycia.
– Weźmie kartę i ją wypisze – przesunęła w stronę wędrowca sztywny druk rejestracji. – Tu wpisze swoje dane, tu ostatnie miejsce pracy. – poinformowała, stukając długopisem w kilka rubryczek. – Jak wypisze, to wróci.
Wędrowiec manewrując teczkami i segregatorem dokonał nadludzkiej czynności podniesienia karty ze śliskiego biurka. Powrócił na korytarz, by wypełnić wskazane rubryczki.
Niedługo potem ponownie wszedł do pokoju.
– Wypisał? – warknęła urzędniczka, odgryzając kawałek świeżutkiej, pachnącej drożdżówki.
Podsunął kartę.
Przejrzała ją pobieżnie. Postukała w klawiaturę, celem weryfikacji tego co zostało wpisane, a tego co było wcześniej odnotowane w komputerze. Widać weryfikacja wypadła pomyślnie, system nie zawiesił się jak to miał w zwyczaju, bo urzędniczka uśmiechnęła się nieznacznie.
– Pójdzie teraz do pokoju nr5, stanowisko 7. Tam pokaże świadectwa szkolne. Potem pokój nr 13, stanowisko 2 – sprawdzą poprzednie umowy. Następnie pokój 11 – sprawdzą czy nie ma zaległości w haraczu KUS-owskim.
Haracz KUS-owski był tym, czego obawiali się przedsiębiorcy. Kretynowe Ubezpieczenia Społeczne wywoływały drżenie serca, a portfele czyściły skuteczniej niż najlepszy środek piorący.
– Potem pójdzie do pokoju 7, stanowisko 4 i dokona rejestracji. – urzędniczka wróciła do jedzenia drożdżówki i układania pasjansa.
Wędrowiec ścisnął mocniej w ramionach teczki i segregatory, zawierające dokumenty potwierdzające wcześniejsze zatrudnienie i udał się na spotkanie przygodzie. Przebrnął zwycięsko przez wskazane punkty, udało mu się zręcznie ominąć zastawione przez urzędników pułapki i ocierając pot z czoła dotarł na półmetek.
Pokój numer 7, stanowisko 4.
Przepraszając, że żyje i ośmiela się zakłócać spokój urzędniczy, wszedł do pokoju.
– Dzień dobry, chciałem się zarejestrować – wyraził cicho swą prośbę.
Urzędniczka spojrzała na wędrowca z obrzydzeniem.
– Był pan w pokoju 5 na stanowisku 7? – poinformowała się.
– Oczywiście – przytaknął, przedkładając stosowny dokument. – W pozostałych również – w ślad za słowami na blacie biurka urzędniczki znalazły się pozostałe dokumenty.
– No trudno… – westchnęła – Da tę kartę.
Wędrowiec podał, a ona wpatrywała się w nią długą chwilę. Potem postukała w klawiaturę, porównując to co zobaczyła na monitorze z dokumentami wędrowca. Zmarszczyła czoło.
– A to co jest? – dwoma palcami uniosła jeden z dokumentów.
– Umowa o dzieło – odparł wędrowiec.
– A to tego nie musi pan zgłaszać – wykazała się zupełną nieznajomością przepisów KUP-y.
– Za brak zgłoszenia KUP-a przewiduje karę   wysokości 500 złotych i wyrejestrowanie na ponad pół roku. – delikatnie przypomniał przepis.
– No to co? – spytała – Ja tu nie będę wpisywać tego, bo to się nie liczy do emerytury. Najwyżej potem pan zapłaci karę. Wraz z odsetkami. A co to w ogóle za świstek? – wczytała się w treść umowy. – Umowa o dzieło z wydawnictwa? – długą chwilę oglądała podejrzliwie kartkę.
– Książki piszę – wyjaśnił cicho wędrowiec.
Urzędniczka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Książki? – wydukała z trudem.
Niespodziewanie wybuchła piskliwym śmiechem.
– To pan jest pisarzem? Tego to jeszcze w Kretynowie nie było. Pisarz!
Śmiech urzędniczki odbił się echem od ścian pokoju.
– Nie mogę dokonać rejestracji. – spoważniała.
– Dlaczego?
– Bo na ostatniej umowie zlecenia nie ma daty jej zakończenia – obwieściła tryumfalnie, wygrzebując z dokumentów wspomnianą umowę.
– Ależ jest – wędrowiec wskazał palcem stosowny zapis w umowie, określający początek i koniec zatrudnienia.
– Byle co można tu sobie było wpisać. Skąd ja mam wiedzieć, że na pewno wczoraj umowa się zakończyła? Świadectwo pracy trzeba mieć! Potwierdzenie od pracodawcy, że umowy nie przedłużył. – urzędniczka kolejny raz wykazała się absolutną nieznajomością przepisów. Wędrowiec w duchu pozazdrościł szkoły, która tak doskonale przygotowała ją do wykonywania zawodu.
– Przy umowie zleceniu nie jest to konieczne. Obowiązuje okres wpisany w umowie – ośmielił się delikatnie zasugerować.
Urzędniczka spojrzała na wędrowca z niechęcią.
– Ale w komputerze mi pisze, że haracz KUS-owski jeszcze trwa. System nie odnotował, że wczoraj zakończono pracę. Przyjdzie, jak system odnotuje.
– Kiedy mogę spodziewać się tego odnotowania?
– A ja to wiem? – urzędniczka sięgnęła do szuflady biurka i wyjęła lusterko i szminkę. – Sprawdzi się jutro, może za kilka dni… – umalowała starannie usta.
– Czy mógłbym dowiadywać się telefonicznie?
Urzędniczka wrzuciła szminkę i lusterko do szuflady, zamykając ją z hukiem.
– Nie udzielamy takich informacji przez telefon! – wykrzyknęła oburzona.
– A mailowo? – w głosie wędrowca pojawił się cień nadziei, wszak w KUP-ie można było podobno załatwiać sprawy poprzez pocztę elektroniczną.
– Osobiście trzeba!
Wędrowiec pozbierał swoje dokumenty i cicho opuścił pokój.

Epilog:
Przez kolejne sześć dni wędrowiec codziennie składał wizytę urzędniczce w pokoju 7, stanowisko 4, za każdym razem otrzymując odpowiedź: Nie mogę zarejestrować – system nie odnotował.
Siódmego dnia stał się cud. System odnotował brak haraczu KUS-owskiego, co ponoć jednoznacznie świadczyło o tym, że wędrowiec nie jest nigdzie zatrudniony i może zostać zarejestrowany.
Wędrowiec odetchnął z ulgą.
– Ale, zaraz, zaraz… – urzędniczka wpatrzyła się w monitor. – System pokazuje, że zakończenie pracy nastąpiło siedem dni temu.
– Tak – przyznał wędrowiec.
– To od razu po zakończeniu pracy trzeba zgłosić się do KUP-y – obwieściła urzędniczka. – Skąd ja mam wiedzieć, że przez te siedem dni nie było żadnej pracy, ani umowy? Dlaczego tak późno się rejestruje? Co robił przez te siedem dni?

Wędrowcowi opadły ręce…

Kretynowo (3)

Z lotu ptaka dało się dostrzec błyszczący szmaragdami dach gmachu na obrzeżach Kretynowa. Tak mógłby się rozpoczynać ów tekst. Jednak dla lecącego gołębia szmaragdowy dach był namiastką bujnej łąki. Ewentualnie nowego samochodu prezesa Kretynowa, który należało koniecznie obsrać. Ucieszony gołąb obniżył poziom lotu i wypinając gołębi kuper skupił się na radosnym wydalaniu niestrawionych resztek pożywienia.
Biała maź zawirowała w powietrzu, rozciągając się niczym guma balonowa, by wreszcie spaść na ramię mężczyzny, stojącego przed gmachem.
– Och! Motyla noga! – z ust mężczyzny wydarło się przekleństwo. – Okrutne i bezlitosne gołębie! Wszędzie pozostawiają swoje odchody! – wyraził swoje oburzenie, szukając po kieszeniach czegoś, czym dałoby się zetrzeć niespodziewany podarunek hojnego gołębia.
– Przynajmniej to, pan dostał – mruknęła wychodząca z kobieta.
Oboje zerknęli w niebo. Wysoko nad ich głowami pysznił się szmaragdowy dach gmachu.
– Ładny – zauważył mężczyzna. – Nieprawdaż?
– Przepiękny w swej prostocie – zgodziła się kobieta. – I jaki wymowny kolor.
– Od razu widać, że architekt, który pracował nad projektem miał wizję.
– Ależ to oczywiste. Wszak zieleń to kolor KUP-y.
– Nazwa również adekwatna – zamyślił się mężczyzna. – Kretynowy Urząd Pracy…
– Jak to nitki życia splatają się ze sobą, ani myśląc, że kiedyś stworzą całość, która będzie w tak głęboki sposób odzwierciedlać rzeczywistość. – mruknęła filozoficznie kobieta.
– A wracając do przyziemności owej rzeczywistości – zaczął mężczyzna – Pani pozwoli, że się przedstawię. Klemens Haliński. Magister historii. – skłonił się lekko.
– Adelajda Wiśniewska – nie pozostała mu dłużna – Magister filologii polskiej.
Uśmiechnęli się do siebie.
– Też sobie zawody wybraliśmy, prawda? – szepnął porozumiewawczo Klemens.
– Ma pan zupełną rację – zgodziła się z nim. – Niestety… – westchnęła z utęsknieniem – odeszły w zapomnienie czasy, kiedy liczyła się wiedza… doświadczenie…
– Tak… – zamyślił się – Teraz pracodawca stawia na młodą kadrę. Ludzie nie muszą być już wykształceni. Byle umieli lizać tyłek pracodawcy…
– A kobiety miały odsłonięte cycki i tyłki! – weszła mu w słowo Adelajda. W jej głosie dało się wyczuć oburzenie.
Klemens zerknął pobieżnie na zgrabne kształty kobiety, ukryte pod dopasowaną garsonką.
– Proszę wybaczyć mą śmiałość, ale wydaje mi się, że chyba niejedną młodą kadrę byłaby pani w stanie zastąpić…
Adelajda spojrzała na niego z rezygnacją.
– Niestety nie udało mi się zdać egzaminu ustnego. Jeśli rozumie pan, co mam na myśli. Chociaż język giętki wypowie więcej niż pomyśli głowa, to… – zawiesiła głos.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Tak, tak. Najstarszego zawodu świata teraz uczą już w szkole podstawowej. Młodzi przechodząc do gimnazjum są już w tym wyspecjalizowani.
Westchnęli ciężko nad upadkiem obyczajów i moralności Kretynowa.
Po długiej chwili Klemens odezwał się cicho.
– A… czy do KUP-y dotarły nowe oferty pracy? – w jego głosie rozbrzmiała nadzieja. – Coś odpowiedniego dla osób wykształconych, inteligentnych?
Adelajda spojrzała na mężczyznę, jakby ten niespodziewanie oszalał.
– W KUP-ie? Oczekuje pan takich ofert w KUP-ie? – zdziwiła się. – Przecież wszyscy wiedzą, że do KUP-y napływają oferty pracy, których żaden szanujący się człowiek, samodzielnie myślący, nie podejmie.
– Muszę przyznać pani rację – zgodził się. – A co nowego dzisiaj wywiesili?
– Och… – Adelajda machnęła ręką – To co zwykle. Statyści do Jedynej i Wiarygodnej Telewizji. Warunek: trzeba być ministrantem do lat piętnastu. Obowiązkowo znać francuski i rodzaje klęczników. Niby przyjmą też dziewczynki w wieku komunijnym, ale… od nich wymagana jest dyskrecja. A wiadomo, takie dzieci to nie zawsze utrzymają język za zębami.
– No tak… – mruknął Klemens.
– Poszukują też kasjerów do tego nowego marketu, który będą otwierać na dniach. Wymagania: ukończone studia doktoranckie, płynna znajomość czterech języków obcych, młody wiek i kilkudziesięcioletnie doświadczenie. W pakiecie socjalnym dają miskę do ryżu, zapas pampersów dla dorosłych, oraz tabletki na uspokojenie.
– A to okroili pakiet – wtrącił Klemens. – Ostatnio dodawali też amfetaminę, która pozwalała pracownikowi pracować non stop.
– Oj tak, tak, dawali. Ale kiedy przestawała działać, ludzie padali jak muchy. I Kretynowy Fundusz Zdrowia zbuntował się, że nie będzie płacił za ich leczenie. Bo za leczenie bezrobotnych nie płaci. A wiadomo, że jak pracownik marketu padał jak mucha, to go zwalniali. Jedynie Zakłady Pogrzebowe zacierały ręce z radości na wieść o nowych pochówkach.
– A co z ofertami dla mężczyzn?
– Tych to mają sporo – rozpromieniła się Adelajda. – Kamieniołomy, gruzowiska, kierowcy transportów niewolników… tfu, przepraszam. Pracowników. Płacą podobno – ściszyła głos, rozglądając się wokoło – całe pięć złotych!
– Na godzinę? – w oczach Klemensa rozbłysła nadzieja.
– Ależ skąd! Tyle na godzinę to płacili kiedyś. To były czasy… – rozmarzyła się. – Teraz to cała dniówka. Za dwanaście godzin równe pięć złotych!
Klemens spojrzał ze smutkiem w niebo.
– Jest też kilka ogłoszeń na wyższe stanowiska. – odezwała się Adelajda po długiej chwili.
– Ma pani na myśli to o posadzie na dyrektora Kretynowego Ośrodka Pomocy Społecznej?
– Och nie, tam to od razu znaleźli odpowiednią osobę. Od kandydata wymagali: braku współczucia, chamstwa, znajomości łamania przepisów i spokrewnienia z kimś „z góry”. Podobno nieślubna córka burmistrza Pleśniaka spełniała te warunki.
– To tak, to posada odpowiednia dla niej. – przyznał Klemens. – Szczególnie po ostatniej aferze w sprawie brania łapówek. Wykazała się doskonałą znajomością łamania przepisów. Ten przekręt to był majersztyk złodziejski!
– Szukają też lidera Partii Kłamców. Ale kandydat musi mieć ukończoną wyłącznie trzecią klasę szkoły podstawowej i zdolności oratorskie w opowiadaniu bzdur.
– Pewnie prędko znajdą odpowiednią osobę. – westchnął Klemens. – Szkoda, że nie szukają nauczycieli historii… – w jego głosie zabrzmiał żal.
– Albo polskiego… – zawtórowała mu Adelajda.
– Ale gdzie mielibyśmy pracować, skoro większość szkół polikwidowali? – zastanowiła się.
– Racja… bibliotek też nie ma… A w tych szkołach, które pozostały to uczą dokuczania bliźniemu, obgadywania, siania intryg, wykopywania ze stołków, opowiadania bzdur, oszustw…
– Zapomniał pan o przygotowaniu do najstarszego zawodu świata.
– A owszem, ale tego uczy również telewizja. Nacisk na to kładą.
Oboje umilkli. Unieśli głowy, wpatrzyli się w przelatującego wysoko gołębia.
Gołąb obniżył poziom lotu i wypinając gołębi kuper skupił się na radosnym wydalaniu niestrawionych resztek pożywienia. Wielka biała maź spadła na środek szmaragdowego dachu.

Kretynowo (2)

Leokadia Żabczyńska, asystentka Wacława Pleśniaka, burmistrza Kretynowa, siedziała na chyboczącym taborecie przed równie chyboczącym biurkiem i wlepiała błękitne oczęta w zabytkowy komputer. A ściślej rzecz biorąc w jego równie zabytkowy monitor.
Smukłe palce ozdobione długimi tipsami w groszki (ostatni krzyk mody panterkowych kobiet, spotykających się regularnie pod solarium) przesuwały się leniwie po scrollu myszki.
Ze strony internetowej wyświetlonej na monitorze bił po oczach, napisany czerwoną czcionką tekst: Fala imigrantów! Gwałty! Rabunki! Morderstwa!
Leokadia przeliterowała mozolnie ów napis.
– Nowa reklama? – zastanowiła się, wsuwając do ust skuwkę długopisu. Przez chwilę ssała ją, wpatrując w ekran.
– Ciekawe po ile… – przesunęła stronę w dół.
Z uwagą przeczytała cały tekst, wyróżniony jako artykuł dnia w Kretynowych Wiadomościach.
– No tak… – westchnęła ze smutkiem. – Sąsiedzi jak zwykle wszystko zgarnęli dla siebie.
Podniosła się kocim ruchem z chyboczącego taboretu i podeszła do drzwi prowadzących do gabinetu burmistrza. Zastukała delikatnie.
– Wlazł! – dobiegło zza drzwi.
Uchyliła je i wsunęła się do środka.
Burmistrz Kretynowa Wacław Pleśniak zatrzasnął prędko drzwi barku i wytarł ubrudzony białym proszkiem, nos.
– Czego tam? – spytał uprzejmie.
– Panie burmistrzu – zaczęła nieśmiało – czytał pan już artykuł dnia?
– A czytałem, czytałem – burmistrz nie omieszkał pochwalić się rzadką pośród jemu podobnych, umiejętnością. – I nawet zrozumiałem! Ha! – wypiął dumnie pierś.
– Czyż to nie ohydne?
– Rzekłbym, że wręcz obrzydliwe – zgodził się z asystentką.
– Jak tak można! – policzki Leokadii poróżowiały z oburzenia.
– Ma pani zupełną rację – przytaknął. – Jak też muszą czuć się te biedne kozy! Tak sromotnie zdradzone przez najbliższych! Co na to Towarzystwo Opieki nad Kozami?
– To takie… – Leokadia długą chwilę szukała w głowie odpowiedniego słowa. – Takie… nieludzkie!
– Raczej, niekozie, pani Leokadio.
Burmistrz kichnął, otarł rękawem garnituru zwisający z nosa, glut. Z ciężkim westchnieniem usadowił się w fotelu za biurkiem.
Leokadia niepewnie zrobiła krok do przodu.
– Ale panie burmistrzu… jak sąsiedzi mogli… – zaczęła z przejęciem – jak mogli tak sami… tak wszystkich imigrantów… tak tylko dla siebie? – w ostatnich słowach dało się słyszeć głęboki żal.
– Jeszcze nie wszystko stracone, pani Leokadio – burmistrz pogrzebał w stercie papierów leżących na biurku. Wyjął z niej zmiętoszoną, zapisaną kartkę.
– O proszę. – odchrząknął i podał ją asystentce. – Wiedźma B. wykazała się empatią, zrozumieniem potrzeb sąsiadów. – uniósł tryumfalnie palec – Podzieli się z nami imigrantami! – spojrzał na uniesiony palec, oblizał go i podłubał nim w nosie. Wytarł zabrudzony palec o spodnie.
Leokadia wczytała się w treść kartki.
– Ależ… – nie umiała uchwyć zachwytu – To… to cudowna wiadomość! – z namaszczeniem odłożyła kartkę na biurko.
– Oczywiście! – poparł ją burmistrz. – Pierwsza fala czeka nas już niebawem! Co prawda nie możemy zapewnić im takich warunków dla rozwoju jak Wiedźma B, ale zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby nie czuli się pokrzywdzeni. Trzeba pomagać ludziom. Prawda? Tym bardziej, kiedy mówi o nich cały świat!
– Ma pan zupełną rację – Leokadia spojrzała z uwielbieniem na przełożonego.
– Tak więc już zdecydowaliśmy, że damy im w pełni wyposażone mieszkania, zapewnimy zasiłki, bezpłatne przeloty samolotami…
– Samolotami? – przerwała ze zdziwieniem.
– Ależ pani niedouczona, pani Leokadio. Nie wie pani, że oni lubią wysadzać się w samolotach?
Leokadia spłonęła rumieńcem wstydu. Z powodu własnej niewiedzy.
– … do tego rozdamy im jedne z najlepszych broni, zakupione od… – umilkł – a nie, nie powiem pani od kogo. Bo to tajemnica światowa.
– Ta, o której wszyscy wiedzą?
Burmistrz odchrząknął.
– Dokładnie. Ta sama. – przytaknął. – A do tych broni spory zapas amunicji, żeby nie denerwowali się, jeśli w trakcie mordowania w teatrze czy operze, zabraknie im naboi. Zdaje sobie pani sprawę, jak taki brak naboi może zestresować?
– Biedactwa… – westchnęła ze współczuciem.
– Właśnie – zgodził się.
– Panie burmistrzu, a te… – ściszyła głos i rozejrzała wokoło, jakby obawiając, że ktoś usłyszy jej pytanie – a te gwałty… – wlepiła błękitne oczęta w przełożonego – … też będą? – spytała z nadzieją.
– Oczywiście! Skoro dokonali ich u sąsiadów… A tam za wielkiego wyboru nie mieli. Rzekłbym wręcz, że powodowała nimi desperacja.
Na twarzy Leokadii pojawił się uśmiech pełen szczęścia.
– I to tak za… darmo? – wyprężyła się i przesunęła palcami po szyi.
– Nie do końca za darmo – burmistrz spochmurniał – Jeśli nie zapewnimy im porządnego socjalu, to gwałtów, mordów, rabunków, może nie być.
Leokadia zmartwiła się.
– Z socjalem to u nas ciężko – przyznała.
– Spokojnie, pani Leokadio, dla nich wygrzebiemy pieniądze, choćby od samego czarta – zapewnił Pleśniak.
– Mieszkańcy Kretynowa nie będą mieli nic przeciwko?
– A co kogo obchodzą mieszkańcy Kretynowa? – roześmiał się burmistrz. – Oj głupia pani, pani Leokadio tak, jakby pani ukończyła co najmniej uniwersytety u sąsiadów.
Asystentka opuściła głowę.
Pleśniak odsunął się wraz z fotelem od biurka. Wstał ciężko i wyjrzał przez okno.
Na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia.
– Pani Leokadio! Prędko! – wrzasnął.
Asystentka podbiegła do okna.
Jej oczom ukazała się grupa ubrudzonych, obdartych mężczyzn, krzyczących niecenzuralne hasła, idąca ulicą i dewastująca to, co napotkali na swojej drodze.
– Są! – pisnęła zachwycona i podciągnęła spódniczkę, sięgając skąpych majteczek.
– Majtki potem pani zdejmie! – wrzasnął panicznie burmistrz. – Leci pani po czerwony dywan, żeby godnie ich przyjąć! I do księgowości pani zadzwoni, żeby szybko przygotowali wypłaty zasiłków!
Leokadia zaplątała się w do połowy zdjętą bieliznę.
– Szybko! – popędził ją burmistrz – Bo jeszcze się rozmyślą!
Leokadia wciągnęła majteczki z powrotem, opuściła spódniczkę i wybiegła z gabinetu.
Pleśniak usiadł na powrót w fotelu. Sięgnął po jadowicie różową słuchawkę telefonu. Trzeba było pogonić resztę pracowników.

Ułuda bezpieczeństwa

Niewielkie pomieszczenie, w którym się znalazłam, przypominało częściowo oszkloną klatkę, do której ktoś litościwie wstawił stół, kilka twardych krzeseł i regał, na którego półkach położono ulotki. Sądząc po tonach osiadłego na nich kurzu, dawno nikt ich nie przeglądał, zadowalając się pobieżnym rzuceniem okiem na to, co było na okładkach. Najwidoczniej to, co na wierzchu, skutecznie zniechęcało do zagłębienia się w to, co znajdowało się wewnątrz. A może przebywający w tym pomieszczeniu ludzie, mieli tyle swoich problemów, spraw, zaprzątających myśli, że sięgnięcie po ulotkę było czynnością niemożliwą do wykonania? Siedząca nieopodal kobieta, położyła na stole torebkę i wyjęła z niej rozbrzmiewający przebojem discopolo, telefon. Albo smartfon, albo inne urządzenie wielofunkcyjne, tak głośno reklamowane w mediach, podobno publicznych. Przyznaję, że jeśli chodzi o sprawy techniczne, jestem zupełnym laikiem. Jak z czegoś da się dzwonić, to jest to dla mnie telefon. Jeśli natomiast z owego urządzenia można robić zdjęcia, łączyć się z internetem, słuchać muzyki i coś tam jeszcze, to jest to urządzenie wielofunkcyjne. Czyli takie, które jest do dupy. Bo jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.
Pewnie dlatego operatorzy sieci mają tyle reklamacji i muszą swój produkt wciskać konsumentom na siłę, na przykład poprzez reklamy uwłaczające inteligencji ameby.
Kobieta wyciągnęła urządzenie i rozglądając się podejrzliwie na boki, łowiąc karcącym wzrokiem wszystkich tych, którzy ośmielili się podsłuchiwać rozmowę, zaczęła mówić monosylabami i ściszonym głosem. Tak… nie… nie wiem… może… Zabawnym jest, jak wiele osób rozmawiając przez urządzenie, spogląda z oburzeniem wokoło, na tych, którzy jawnie i bezczelnie, z drwiącym uśmieszkiem na ustach, przyglądają się tej tajnej konwersacji.
Nie ukrywam, że taki uśmieszek pojawił się na moich ustach. A może był to uśmieszek zazdrości, z racji tego, że nie posiadam zdolności do mazania paluchem po ekranie i z głębokim żalem przyjmuję do wiadomości fakt, że ktoś tę umiejętność posiadł. Kobieta jeszcze chwilę prowadziła swoją rozmowę tajnego agenta, po czym urządzenie na powrót wylądowało w torebce, zaś jego właścicielka posłała mi karcące spojrzenie.
W pomieszczeniu na powrót zapadła cisza.
Rozejrzałam się po beżowych ścianach, które stonowanym kolorem zapewne miały wyciszyć burzę emocji szalejącą we wnętrzu przebywającego tu człowieka. Jednak zawieszone na nich plakaty, o przygnębiającej tematyce przemocy wszelakiego rodzaju, zdecydowanie nie przyczyniały się do zmniejszenia napięcia. To już o wiele przyjemniej oglądało się portrety osób poszukiwanych listem gończym, wywieszone przed pomieszczeniem. Może z racji tego, że ilekroć się im przyglądałam, szukam znajomych twarzy, mieszkających po sąsiedzku. Żeby z godną prawdziwej i zaściankowej Polki, zawiścią, pomyśleć: Hah! Wiedziałam, że to drań!
Dobrze mu tak!
Bezczynne oczekiwanie, w prawie pustym pomieszczeniu, umilałam sobie liczeniem kafelek na podłodze, obliczaniem pola kwadratowego stołu i dzieleniem wyniku przez nogi, gdyby stół okazał się wybrakowany, tudzież przyglądaniem się podłodze, czy też zerkaniem w stronę okna, za którym chmury robiły co mogły, by zasłonić nieśmiało wyglądające słońce.
Po kolejnym kwadransie zaczęłam przypominać sobie religie świata, dostępnych bogów, by zanieść do nich modły o przerwanie owego oczekiwania.
Najwidoczniej moje prośby trafiły tam gdzie miały.
Gromko rzucone od progu – Dzień dobry! – sprawiło, że oderwałam wzrok od szalenie interesującego szarego kafelka i zatrzymałam na wchodzącym. Kątem oka dostrzegłam, że siedząca nieopodal kobieta, opiekuńczym ruchem zgarnia ze stołu torebkę i troskliwie przytula ją do siebie.
Mężczyzna powtórzył powitanie, pewnym krokiem wszedł do środka i zajął jedno z krzeseł. Wyciągnął z czarnej aktówki gazetę i przeglądał ją, mrucząc pod nosem.
Przyjrzałam mu się uważniej.
Czarny, długi płaszcz z futrzanym kołnierzem, równie czarna czapka z nausznikami, wypastowane, lśniące buty, pomięte spodnie, przywodziły na myśl nowatorskie połączenie przedwojennej elegancji z PRL-owską oborą. Pokryta siecią zmarszczek twarz, resztki siwych włosów, które wyłoniły się spod zdjętej czapki, wykręcone najpewniej reumatyzmem drżące palce trzymające stronicę gazety, mówiły jednoznacznie, że zarówno odzienie jak i jego właściciel noszą znaczne ślady użytkowania od co najmniej kilkudziesięciu lat.
W pomieszczeniu znowu zapadła cisza, przerywana szelestem gazety, a ja zaczęłam się zastanawiać czy znam jeszcze jakichś bogów, których można poprosić o odrobinę ożywienia.
Moje ciche modły zostały wysłuchane.
Do pomieszczenia wpadła młoda kobieta z plikiem kartek w dłoniach. Wtargnęła jak tajfun, wnosząc ze sobą zapach zielonej herbaty made in tani perfum na targowisku. Gwałtownie rzuciła plik kartek na stół, z siłą, której nikt nie spodziewałby się w tej drobnej istotce, o ciemnych włosach i szczuplutkiej sylwetce, opiętej dżinsami.
– Pan Rogowski! – wrzasnęła tak głośno, że od razu wprowadziło to ożywienie w tym niewielkim pomieszczeniu zastałym nudnym oczekiwaniem. Dźwięk wypowiedzianych słów odbił się tak silnym echem od ścian, że zadrżały powieszone na nich plakaty o przemocy i jej przeciwdziałaniu.
Starzy pan uniósł głowę znad gazety.
– Pan Rogowski to pan? – wykrzyczane zaczepno obronnym tonem pytanie skojarzyło mi się z warknięciem groźnego bulteriera na przerażonego kota.
– Tak, to ja – cichy, spokojny głos mężczyzny był kontrastem dla głosu kobiety.
– Tu mi pan podpisze! – wrzasnęła tonem nie znoszącym sprzeciwu. – To pana zaświadczenia!
Mężczyzna sięgnął po jedną z kartek i zaczął wczytywać się w jej treść.
– Na co to czyta! Podpisać, że odebrane! Jest takie zaświadczenie, jakie pan chciał! – w zaczepno obronnym tonie pojawiła się delikatna nuta zdenerwowania.
Mężczyzna spokojnie popatrzył na kobietę, potem na trzymaną kartkę.
– Ale tu się nie zgadza… – zaczął uprzejmym tonem.
– Jak się nie zgadza! Takie pan chciał, takie pan ma! Podpisać, że pan odbiera! – kobieta oparła się dłońmi o stół i zawisła nad mężczyzną, w pozycji przysłowiowego kata nad ofiarą.
– Tu nie jest ujęte, że zdarzenie wydarzyło się przed blokiem. Pan Dąbrowski, przyjmujący zgłoszenie, miał to ująć w zaświadczeniu, zgodnie z tym co było w zeznaniu. – mężczyzna zdawał się nie słuchać rozjuszonej kobiety.
– Nie wiem! Nie obchodzi mnie to! Pan Dąbrowski powiedział, że nic nie będzie zmieniał! – zawarczała tak, że z powodzeniem mogłaby zająć się przesłuchiwaniem najbardziej twardych przestępców. Słysząc jej ton, widząc postawę, zapewne większość z nich wymiękłaby i zaczęła mówić o wszystkich tych sprawach, o których mówić im nie jest wskazane.
– Czy mógłbym porozmawiać z panem Dąbrowskim? – zapytał uprzejmie starszy pan.
– Podpisać pan to ma! Że odebrane! Pan Dąbrowski powiedział, że nic nie zmieni! Nie będzie z panem rozmawiał! Pana Dąbrowskiego nie ma! Jest zajęty! – wykrzyczane słowa przypominały serię z automatu.
Zaczynałam żałować, że poprosiłam o ożywienie atmosfery w pomieszczeniu. Skąd jednak miałam wiedzieć, że moja prośba trafi w piekielną otchłań?
– Nie odbiorę tego zaświadczenia, dopóki nie zostanie napisane poprawnie – starszy mężczyzna, stanowczym, ale wciąż uprzejmym głosem, wykazał godną podziwu wytrwałość w dążeniu do celu.
Może jednak była to próba samobójcza. Sądząc po minie kobiety, do której słowa mężczyzny dotarły po dłuższej chwili, na taką też jej wyglądała.
Zapowietrzyła się… Otworzyła usta, zamknęła je. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, a chamstwo latać, nad zwłokami starszego pana unosiłaby się kobieta, trzepocząc skrzydłami. Ponownie otworzyła usta. Wydobyła się z nich kolejna seria z automatu. Tym razem z cięższymi pociskami, które najwyraźniej miały za zadanie rozwalić pancerz dobrego wychowania, pana.
– Ja nie wiem! Nie znam sprawy! Nie obchodzi mnie to! Ja to miałam tu przynieść do odebrania! Tu mi pan podpisze, że pan odbiera! A jak pan nie odbiera, to pan podpisze, że pan nie odbiera! A pan Dąbrowski nie będzie tego zmieniał! Nie ma go! Jest zajęty!
Starszy mężczyzna jeszcze raz wczytał się w treść zaświadczenia, po czym przeniósł zmęczony wzrok na, ujadającą niczym rozdrażniony bulterier, kobietę:
– Proszę pani, ja to potrzebuję do PZU. I oni zażyczyli sobie, aby dokładnie zostało określone miejsce zdarzenia. Prosiłbym więc…
Nie dane było mu skończyć o co prosi, bo kobieta wpadła w jakiś amok. Jak pozytywka powtarzająca w kółko jedną melodię, aż do porzygania, tak ona zaczęła wywrzaskiwać to, co zdążyła już wywrzeszczeć wcześniej.
– Ja nie wiem! Nie znam sprawy! Nie obchodzi mnie to! Ja tu miałam… – najwidoczniej jakaś klapka w mózgu się zacięła, może nastąpiło zwarcie w obwodach mózgu, a może właśnie ostatnia szara komórka odpowiedzialna za właściwe traktowanie petentów, ewakuowała się w przyspieszonym tempie, pozostawiając w głowie pani pustkę.
Mężczyzna ze spokojem wysłuchał kolejny raz zdartej płyty, po czym korzystając z chwilowej przerwy w odtwarzaniu melodyjki, wtrącił uprzejmie, proszącym tonem:
– Zatem chciałbym porozmawiać z komendantem.
Kobieta zamrugała z niedowierzaniem, a wyraz jej twarzy mówił, że intensywnie próbuje sobie przyswoić usłyszane słowa. Jednym szybkim ruchem pozbierała leżące na stole kartki.
– Pan to podpisuje! Że pan odebrał! Komendanta nie ma! Komendant nie ma czasu! – wrzasnęła tak, że tym razem zadrżały szyby w oknie, a ulotki, zapewne też dotyczące przemocy, pozwijały się ze strachu.
– W takim razem, poproszę o numer telefonu do komendy wojewódzkiej – starszy pan nic, a nic nie stracił z grzeczności.
Zdawało się, że agresywny, nieuprzejmy ton i postawa kobiety, nie robi na nim najmniejszego wrażenia. Zupełnie jakby był przyzwyczajony do urzędniczek, które mówiąc kolokwialnie „drą ryja” bez powodu, próbując w ten sposób pokazać swoją wyższość nad petentem.
Kobieta znieruchomiała. Znowu dłuższą chwilę trwało, zanim słowa starszego pana dotarły do miejsca w głowie, które było odpowiedzialne za przyswajanie informacji otrzymanych od rozmówcy. Najwidoczniej w ślad za ostatnią szarą komórką, poszedł mózg, a raczej jego resztki i też zwiał.
– Do dyżurnego sobie idzie! – wrzasnęła, na szczęście ostatni już raz.
Potem nastąpił ogromny foch, o którym świadczyła mina kobiety. Taką minę ma zapewne kobieta, która słyszy od swojego ukochanego, że w tej sukience wygląda za grubo. Albo ma za wiele par butów i po co jej kolejna. Albo złości się, ze jej ukochany oddycha, gdy ona właśnie ma PMS.
Ciężko obrażona pani zabrała zaświadczenia i opuściła pomieszczenie. Trzaśnięcie drzwiami uniemożliwił jej umocowany na nich automat.
Starszy pan spokojnie schował gazetę do aktówki, wziął czapkę, pożegnał się uprzejmie, po czym poszedł kontynuować konwersację z dyżurnym.
A ja obiecałam sobie, już nigdy więcej nie prosić o ożywienie nudnej atmosfery.

Bierz mnie

Właśnie ukazał się zbiór opowiadań o tematyce erotycznej, p.t. „Bierz mnie”.
Kilka słów od wydawcy o antologii:

Ludzie pióra płci obojga kochają nie tylko książki, i nie z samej jedynie literatury czerpią rozkosz – są przecież przede wszystkim kobietami i mężczyznami. Autorki i autorzy niniejszej antologii spłodzili oto dziewięć śmiałych opowiadań o tym, co najbardziej ludzkie, choć często i obce, dla czytelniczek i czytelników otwartych na nowe doznania. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość łączą się tu z miejscami bliskimi i dalekimi, nauka i magia z intymnością i pożądaniem, a piękność z potwornością; egzotyka splata się ze swojskością, subtelność z dosadnością, a miłość z seksem. Z tego mariażu narodził się zbiór pobudzający zmysły i podniecający wyobraźnię, ale też dający do myślenia – nie tylko w długą, bezsenną noc.

W antologii udział wzięli:

Istvan Vizvary: Za miseczkę mleka
Katarzyna Kowalewska: Punkt kontrolny
Stanisław Truchan: Wybór Tauroktonosa
Katarzyna Uznańska: Jej zapach
E. M. Thorhall: Rycerskie oddanie
Grzegorz Piórkowski: Kontakt
Joanna Maciejewska: Sanne i drewno
Radosław Lewandowski: Pieśń Księżyca
Dawid Juraszek: Z bliska, w półmroku”

Całość promuje opowiadanie pierwsze – do pobrania za darmo

Antologię można kupić tutaj

bierzmnie

 

Wspaniała nowina!

Oficjalne info :)
Drugi tom „Zbrojnych”, czyli „Handlarze niewolników” ukaże się na papierze!
Tak więc, moi Kochani, będziecie mieli możliwość przeczytania pachnącej drukiem książeczki :)

handlarze

Córka marnotrawna

Trzydziestoletnia Edyta spojrzała z niedowierzaniem na dzwoniącą komórkę. Jednak wzrok jej nie mylił. Na wyświetlaczu wyraźnie pisało: Zofia.
– Umarł ktoś czy jak? – spytała samą siebie, nim zdecydowała się odebrać połączenie.
Od czasu rozwodu z Krystianem, rzadko ktoś z rodziny kontaktował się z nią. Tak odgórnie, rodzinnie, zarządzono. Dopuszczalne jedynie było telefoniczne złożenie życzeń. Z okazji urodzin, czy świąt. Krótkie i konkretne. By jak najszybciej znalazła drugiego męża. Bo podstawową komórką społeczeństwa jest rodzina. A w pojedynkę nie ma mowy o rodzinie. Poza tym taka tradycja – ulubione słowa ojca. Poza tym kobieta winna służyć mężowi, urodzić mu dzieci i dbać o ognisko domowe – to matka. Poza tym lepiej, abyś nie przychodziła na uroczystości rodzinne, bo co powiemy pozostałym? Że mamy w rodzinie rozwódkę? Co by na to ksiądz proboszcz powiedział! – to siostry. Taki wstyd przed sąsiadkami! A zawsze siedzę z nimi w pierwszej ławce na niedzielnej mszy! – to babcia.
Cóż… Edyta rozwodem wprowadziła niezłe zamieszanie.
Długo nie mogli jej tego wybaczyć. Dopiero od niespełna dwóch lat dzwonili z życzeniami. Ponoć ksiądz na kazaniu mówił coś o miłosierdziu dla grzeszników i w ramach kazania, chcieli okazać swoje miłosierdzie.
No to okazywali. Z trudem, bo trudem, ale czego nie robi się dla grzesznika.
Bo jak to tak, żeby kobieta odchodziła od męża. Nic, że bezrobotnego, wiecznie pijanego damskiego boksera. Każdy musi nieść swój krzyż i nie marudzić. Rodzina to podstawa.
Jednak od miesiąca nie była już samotną rozwódką. Po rocznej znajomości, wyszła za mąż za Andrzeja. Dlatego stosunki rodzinne ociepliły się trochę bardziej. Kuzynki i siostry przestały drżeć o swoich mężów. Ojciec z matką zadzwonili nawet poza wyznaczonym harmonogramem. Co prawda tylko po to, aby poinformować ją, że drugiego rozwodu nie zniosą, a matka to chyba zawału dostanie. „Będziesz miała ją na sumieniu! Zobaczysz!”, ale jednak zadzwonili.
A teraz…
Teraz dzwoniła Zofia. Siostra.
Edyta zamrugała z niedowierzaniem.
– Tak, słucham? – odebrała natrętnie brzęczący telefon.
– No wreszcie! – krzyknęła z zadowoleniem w głosie Zofia – Dzwonię i dzwonię, a ty nie odbierasz.
– Coś się stało? – Edyta poczuła lekki niepokój.
Telefon od siostry, poza ustalonym odgórnie harmonogramem, był czymś co najmniej dziwnym. Mniej więcej tak samo jak wylądowanie pośrodku miasta latającego spodka.
– A co miało się stać? W końcu siostrami jesteśmy. Rodziną. To chyba mogę zadzwonić i pogadać? – ostatnie słowa zabrzmiały niczym wyrzut.
Edyta poczuła się jak wyrodne rodzeństwo.
– Jasne, że możesz – odparła prędko.
– No to, bierz tego swojego mężusia i przyjedźcie na urodziny Emilki. Cała rodzina jest zaproszona.
– Emilki? – Edyta była nieco zaskoczona.
– No ładnie interesujesz się rodziną, skoro nawet nie wiesz, że twoja siostrzenica ma już trzy latka.
Edyta zamrugała nerwowo. Emilka… no tak, kiedy rozwodziła się z Krystianem, Zofia była w ciąży. Jednak potem odgórnie padł zakaz kontaktów z rodziną. A wszelkie próby kończyły się odkładaniem słuchawki.
– Możesz jej kupić jakąś lalkę. Ostatnio widziałam ładne w tym nowym centrum handlowym. I nawet niezbyt drogie. Niecałe dwie stówki. Do tego trochę słodyczy. Tylko zwróć uwagę, żeby to nie były podróbki, a te markowe, co to w telewizji reklamują. – instruowała Zofia.
– Dwie stówy? – zdziwiła się Edyta.
Tylko to jej w tej chwili przyszło do głowy.
– Oj, sama zobaczysz ile dziecko kosztuje. Na pewno już niedługo i wam się poszczęści. Ale to dostaniecie ubranka po Emilce. I wózek też trzymam dla ciebie. Tak, że się pospieszcie – zachichotała.
Edycie do śmiechu nie było. Dzieci nie planowali.
– No to czuj się zaproszona siostrzyczko.
Zofia rozłączyła się.
Lądujący spodek zapewne budziłby u Edyty mniejsze zdumienie. Nawet, gdyby teraz zaparkował pod jej nogami.
Wątpliwościami podzieliła się z Andrzejem.
Ten podszedł do tego jak zwykle spokojnie. Lubiła w nim te opanowanie, spokój. Miała wrażenie, że choćby cały świat walił się na głowę, to Andrzej zawsze będzie ostoją, która nie pozwoli, by odłamki trafiły w nią.
– Kupimy lalkę, pojedziemy, zobaczymy o co chodzi – oznajmił po dłuższej chwili.- Wiesz… może po latach coś do nich dotarło? Może naprawdę chcą odnowić zerwane kontakty?
Wciąż miała wątpliwości.
– Edytko – musnął ustami jej czoło – ludzie się zmieniają. To, że odtrącili cię kiedyś, nie znaczy, że nadal to robią. Może urodziny małej, to taka pierwsze z ich strony wyciągnięcie ręki?
– Może masz rację – zgodziła się.
Andrzej wiedział o wszystkim. Był jej najlepszym przyjacielem.

***

– Zobaczcie, kto raczył wreszcie nas odwiedzić! – Zofia otworzyła drzwi mieszkania z szerokim uśmiechem.
Edyta niepewnie przestąpiła próg. Andrzej szedł tuż za nią, niosąc sporej wielkości ozdobione kokardami i kolorowym papierem pudło.
– Witajcie, witajcie – zaszczebiotała Zofia. – Długo cię nasza Edytka trzymała w ukryciu – zlustrowała uważnie Andrzeja, odbierając od niego prezent.
Uniósł lekko brwi. Długo? Sam dobrze pamiętał, że żadne z wysłanych zaproszeń na ślub nie zostało potwierdzone.
– No, rozbierajcie się moi kochani i zapraszam do salonu – nie przestawała szczebiotać.
Pozostawili okrycia na wieszaku. Gościnna gospodyni prowadziła ich w głąb mieszkania.
– Emilko! – zawołała. – Chodź zobacz, co ciocia i wujek ci przynieśli!
Z jednego z pokoi wychyliła się mała dziewczynka. Popatrzyła nieufnie na przybyłych.
– To ciocia Edytka i wujek Jędruś – oznajmiła Zofia, popychając malutką w ich stronę.
Emilka rozpłakała się, chowając za nogę mamy.
– Nie zna was jeszcze – wyjaśniła spokojnie Zofia – Zbyt rzadko nas odwiedzałaś siostrzyczko – w głosie dało się słyszeć łagodny wyrzut. – Nieładnie tak zapominać o rodzinie.
Edyta wolała nie odzywać się. By nie wymknęło jej się przypadkiem o kilka słów za dużo.
Weszli do salonu.
Byli tu już prawie wszyscy. Dorośli siedzieli wokoło zastawionego paterami z ciastem stołu, dzieci biegały z piskiem i śmiechem. Na ich widok rozmowy umilkły.
– Witamy zięcia – zerwał się ojciec. – Nie daj się wyrzucić, tak jak tamten – uśmiechnął się szeroko – Pokaż, że jesteś mężczyzną, głową rodziny – uścisnął rękę Andrzeja.
– A ty dbaj o niego. Gotuj smacznie, pilnuj czystości w domu – wtrąciła matka, patrząc znacząco na Edytę. – Żeby znowu rozwodu nie było. I dziękuj mu, że sobie ciebie wziął, byś mogła znowu żyć jak normalny człowiek.
Zrobiło jej się dziwnie. Była dorosła, a rodzice pouczali ją, jak małą dziewczynkę.
– Siadajcie, siadajcie – Zofia wskazała im miejsca, nie dając Andrzejowi szans na odpowiedź.
Usiedli pomiędzy zaproszonymi gośćmi.
Edyta miała wrażenie, że wszyscy przyglądają im się, niczym dziwnemu zjawisku. Dopiero po długiej chwili cichego oceniania, gwar podniósł się na nowo.
– Mówiłam temu lekarzowi, że ten ropniak co mi tak z niego leci jakiś płyn – babcia ugryzła kawałek babki – to trzeba zasuszyć, ale on…
– Emilka taką ładną kupkę dzisiaj zrobiła – zachwalała Zofia córeczkę – taką dużą. Prawda Emilciu? – pogłaskała małą, która przestała już płakać i przyszła za matką do salonu. – Zjesz trochę serniczka? Zobaczysz jaką wielką, śliczną kupkę po nim zrobisz.
– Do nocniczka od cioci Izy? – poinformowała się jedna z kuzynek, siorbiąc kawę.
Emilka gorliwie pokiwała główką.
– Ten nowy protetyk w przychodni, nie jest zbyt dobry – mama Edyty, przepłukała usta wodą mineralną i wyjęła dolną protezę – O tutaj – wskazała palcem, tak, by Magda – młodsza siostra Edyty – mogła zobaczyć – tutaj powinien poprawić…
– Pawlakowa, ta spod siódemki, nowe auto sobie kupiła. Ciekawe za co…
– Mąż Wiśniakowej znowu awantury po pijanemu robił. Tak walił w ścianę, że aż mi obrazek z Matką Boską się przekrzywił…
– Córka Malinowskiej założyła tak krótką spódniczkę, że uda było jej widać…
– Żeby to zgrabna chociaż była…
– A tłusta taka…
– Co chcieć, jak ojciec w Anglii siedzi. To i żyje im się lepiej niż nam…
– Taka to pożyje… mąż za granicami, a ona pewnie kochanków sprowadza…
– A wiesz, że widziałam tam jakiegoś obcego mężczyznę. Co by na to ksiądz proboszcz powiedział!
– Może pani Wandzia będzie coś wiedziała.
– Taka stara plotkara jak ona.. na pewno.
– A taka święta. Co niedzielę na mszę przychodzi…
– Julcia! Nie męcz Igorka! – wrzasnęła niespodziewanie Kasia, zwracając uwagę pozostałych na dwoje z dzieci, okładających się klockami.
– Oddaj mu ten klocek! – podniosła głos Magda – Igorek jest mniejszy od ciebie.
Kilkuletnia Julka rzuciła klockiem w dziadka.
Dziadek zwrócił jej uwagę. Wtrąciła się babcia. Potem Iza. Wywiązała się kłótnia, przerywana piskiem dzieci.
Mężowie sióstr Edyty nie zwracali uwagi na resztę towarzystwa, rozmawiając między sobą o ostatnim meczu.
Andrzej spojrzał na Edytę. Odpowiedziała bezradnym spojrzeniem. Nikt nie zwracał na nich uwagi, toteż nawet nie próbowali włączać się do rozmów. Temat kupek dziecięcych, ostatniego meczu, czy stosunków osiedlowych nie interesował żadnego z nich. Kłótnia dotycząca sposobu wychowania dzieci, też nie była tym, co przykuwało uwagę.
– Zrobiłbyś coś! – zażądała wreszcie Zofia od swojego męża.
Nie sprecyzowała co, bo przeszkodził jej w tym dzwonek do drzwi.
– Mamy kolejnych gości! – do salonu dochodziło szczebiotanie Zofii – Super, że wpadliście, kochani!
Niedługo potem wprowadziła troje nieznanych Edycie gości.
– To Olga, moja koleżanka z pracy, a to jej przyjaciółki – przedstawiła przybyłych.
Przez chwilę rozglądała się po salonie.
– Usiądźcie może… – zastanowiła się. – Andrzej, przesiądziesz się do stolika dzieci? Tu w rogu? – wskazała miejsce. – Edytko, a ty może… – pokręciła głową – może koło niego? Przyniosę ci zaraz taboret.
Podnieśli się oboje. Andrzej ścisnął drżącą dłoń żony.
– A wy – Zofia zwróciła się do Olgi – siadajcie o tutaj – pokazała zwolnione miejsca. – Ścieśnimy się i będzie dobrze. Nie spodziewałam się, że wpadniecie – szczebiotała.
Andrzej ironicznym spojrzeniem zmierzył niski, plastikowy stoliczek w kolorze wściekłego fioletu, na którym leżało kilka klocków i otwarte pudełko kredek. Edyta popatrzyła na niego bezradnie.
– A oni? – Olga spojrzała niepewnie na Andrzeja i Edytę.
Magda machnęła lekceważąco ręką.
– Zmieszczą się tam – uśmiechnęła się. – Prawda? – spojrzała na nich.
Zofia prędko donosiła talerzyki.
– No to, moi drodzy, skoro już jesteśmy wszyscy, to mogę wnosić tort! – zawołała radośnie. –Emilko! Zdmuchniesz świeczki, a potem…
Andrzej nie słuchał dalej. Pochylił się w stronę żony.
– Nie wiem jak ty, ale nie mam ochoty na ich tort
Pokiwała ze zrozumieniem głową.
– Wybaczcie, musimy już iść – odezwała się cicho, patrząc na resztę rodziny.
– Ale jak to? – zaszczebiotała Zofia. –Nie zrobicie tego Emilce! Ona tak się cieszyła, że przyjdziecie.
– Siadaj i nie odstawiaj cyrków – zarządził surowo ojciec.
– Kto widział, aby wychodzić z uroczystości rodzinnej! – oburzyła się mama.
– Jak to zrobisz, to zapomnij, że nas znasz – ojciec spojrzał groźnie.
– Odsuwasz się od rodziny? – spytała Magda.
– Jak możesz! – wtrąciła Zofia – To ja specjalnie was zaprosiłam, jako rodzinę, a ty mi coś takiego robisz! – rzuciła z wyrzutem.
– Ustaw ją do pionu, bo znowu zaczyna się stawiać – ojciec zwrócił się do Andrzeja – Bo jak nie, to ja wstanę i strzelę jej w tyłek. Kto widział, żeby ot tak sobie wychodzić! Jesteśmy rodziną!
Andrzej spojrzał na Edytę. Dostrzegł smutek w ukochanych ciemnych oczach.
– Wychodzimy, bo takie jest moje życzenie – oznajmił twardo teściowi. – Nie lubię przebywać w towarzystwie, które traktuje moją żonę nieodpowiednio. Nawet, jeśli tym towarzystwem jest rzekomo jej własna rodzina – dorzucił z naciskiem.
Po tych słowach zapadła cisza.

***

– Coś mi się wydaje, że teraz to już naprawdę nie masz rodziny – rzucił Andrzej, wsiadając do samochodu. Oboje spiesznie opuścili uroczystość.
– Coś mi się wydaje, że nigdy jej nie miałam – odparła melancholijnie.
Silnik zawarczał cicho, gdy odjeżdżali spod domu.
– Co powiesz na kawałek tortu? – uśmiechnął się lekko, skręcając – A może i więcej niż kawałek?
Popatrzyła na niego zaskoczona.
– Nawet cały – uśmiechnął się czule, zatrzymując pod cukiernią. – Zrobimy sobie nasze własne przyjęcie – pocałował żonę.
Jej ostoja. Emanująca opanowaniem i spokojem.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
Przerwał im jazgotliwy dźwięk telefonu. Odszukała go w torebce.
– Zofia – odczytała z wyświetlacza.
Skrzywiła się z niechęcią, mimo to odebrała.
– Co ty sobie wyobrażasz! Narobić takiego wstydu! I to przed koleżanką Zosieńki! – dało się słyszeć wściekły głos ojca. – W tej chwili macie wracać! Emilka czeka, żeby zjeść z wami tort! Jak możecie dziecku robić taką przykrość! To twoja siostrzenica! Powinienem w ogóle zerwać z tobą wszelki kontakt! Ale dam ci ostatnią szansę! Wróć tutaj i przeproś za swoje karygodne zachowanie!
Siedziała jak skamieniała. Nie dowierzając temu co słyszy.
Andrzej bez słowa wyjął Edycie telefon z rąk. Wyłączył urządzenie.
– Jutro zmienimy numer – oznajmił, patrząc ze smutkiem na żonę – jeśli oczywiście chcesz…
– Chcę – odparła, opierając głowę na jego ramieniu.
– No to wysiadaj – pocałował ją z miłością – Idziemy po tort.
Uśmiechnęła się do męża z czułością.
Jak dobrze, że był.
Bliższy niż ci, którzy bliskimi się zwali.